Ludzkość od wieków boryka się z fascynującym paradoksem. Z jednej strony jesteśmy gatunkiem wysoce społecznym, który do przetrwania potrzebuje relacji i współpracy. Z drugiej – mamy głęboko zakorzenioną tendencję do odrzucania tego, co inne oraz nieodpartą chęć formatowania otaczających nas ludzi na własne podobieństwo. Dlaczego inność tak bardzo nas uwiera? I z jakiego powodu pokusa zmiany drugiego człowieka jest tak silna?
Aby zrozumieć naszą niechęć do inności, musimy cofnąć się do czasów naszych praprzodków. Z punktu widzenia psychologii ewolucyjnej, podział na "swoich" i "obcych" był podstawowym mechanizmem przetrwania. Przynależność do własnego plemienia gwarantowała bezpieczeństwo, podczas gdy "inny" (wyglądający lub zachowujący się nietypowo) stanowił potencjalne zagrożenie – mógł przynieść chorobę, zabrać niezbędne zasoby. Dziś, choć nie musimy już walczyć o przetrwanie, nasze mózgi wciąż działają na starym oprogramowaniu. Do głosu dochodzi tu zjawisko zwane w psychologii skąpstwem poznawczym, czyli drogą chodzenia na skróty. Ludzki mózg zużywa mnóstwo energii, dlatego uwielbia schematy, stereotypy i rutynę. Ktoś, kto myśli, wygląda i zachowuje się tak jak my, jest łatwy do przewidzenia – jego obecność nie wymaga od nas wysiłku analitycznego. Zetknięcie z innością zmusza mózg do pracy: wyjścia ze strefy komfortu, przetworzenia nowych danych i zrewidowania własnych poglądów. Chęć "naprawiania" drugiego człowieka – partnera, dziecka, przyjaciela czy współpracownika – to zjawisko powszechne. Z perspektywy psychologicznej stoi za nim kilka nakładających się na siebie mechanizmów.
Potrzeba walidacji własnych wyborów: Kiedy otaczamy się ludźmi, którzy żyją w ten sam sposób co my, otrzymujemy nieświadome potwierdzenie, że nasz sposób na życie jest tym "właściwym". Jeśli ktoś obok nas zachowuje się inaczej, może to wzbudzać w nas dysonans poznawczy i podświadome poczucie zagrożenia.
Projekcja własnych braków: Często to, co najbardziej irytuje nas w innych osobach, jest odzwierciedleniem cech, których sami w sobie nie akceptujemy. Jeśli nie potrafimy poradzić sobie z własnym chaosem, możemy obsesyjnie wymagać dyscypliny od partnera. Delegujemy potrzebę zmiany na innych, ponieważ zmiana samego siebie jest znacznie trudniejsza i wymagałaby konfrontacji z własnymi lękami i blokadami.
Złudzenie kontroli: Poczucie, że mamy wpływ na zachowanie innej osoby, daje nam iluzoryczne poczucie bezpieczeństwa. Pragniemy przewidywalności, a "inny" partner czy znajomy wnosi do naszego życia niepewność, wzbudza destabilizację, wystawia na zrewidowanie nasze przekonanie o własnej słuszności w dokonywaniu wyborów, poczuciu wartości.
A teraz wątek osobowy: jednostka dorosła, ukształtowana, ale przez większą część swojego życia ubezwłasnowolniona, kontrolowana, pilnowana, sprawdzana, korygowana – jaką ma szansę na prowadzenie dostatniego, wartościowego, swobodnego życia? Mierną. Ktoś kto nie miał swobody działania – choć iluzorycznie miał, bo przecież chodził do szkoły, potem do pracy, ale nie zbudował swojego osobistego świata, bo każdy kolega był nie taki, każda koleżanka dziwna, każde wyjście deprecjonowane, każda ciekawość świata stłumiona, nie jest w stanie pomimo najszczerszych chęci stworzyć dobrego, ufnego, otwartego związku. Nie otwartego w sensie seksualnym. Otwartego na doznania inności innych, ciekawości wrażeń, wiedzy, barwności. Mamy do czynienia z kolejnym fascynującym paradoksem – jestem taki jaki zostałem wymodelowany, jestem taki jak moi moderatorzy, robię innym, najbliższym to, co było robione mnie.




